Wokół lodowca Jostedalsbreen

zwierzak prosto z Norwegii
Na przełomie czerwca i lipca 2001 zrobiliśmy górską pętlę, mając cały czas po naszej prawej stronie największy lodowiec na europejskim stałym lądzie JOSTEDALSBREEN.

Suma podjazdów wyniosła 7000 metrów, fajnie, bo było tyle samo zjazdu !!
Pogoda, jak to w Norwegii początkiem lata, dopisała wspaniale. Trasa została pieczołowicie przygotowana na bazie moich poprzednich trzech urlopów w Norwegii i sprawdziła się jako bardzo ciekawa i różnorodna.
Pierwszy dzień, gdzie są Holendrzy?
Z rowerami na dachu, po prawie całodziennej podróży przez Norwegię docieramy autem do Gudvangen. Znajdujemy pole namiotowe, a jego właściciel zgadza się na pozostawienie tutaj auta. W kilka chwil po uzyskaniu tej zgody Andrzej, Tomek, Michał butelka Johnny Wolkera z bagażnika naszego auta zmienia właściciela. A Dziadek /tak go ochrzciliśmy/ z dumą opowiada, jak ją będzie otwierał na jesiennym polowaniu. Wieczór to tylko odpoczynek przed namiotem. Cały kamping opanowali Holendrzy, którzy są tu chyba stałymi bywalcami. Siedzą właśnie wielkim kołem i próbują się między sobą porozumieć w nieznanym mi języku. My sączymy przypadkowo znalezione w bagażniku piwo, ostatnie rozsądne piwo przez najbliższe dwa tygodnie. Dolina, w której jesteśmy, i która kończy się fiordem, ograniczona jest z dwóch stron pionowymi ścianami, wysokimi na kilkaset metrów. Pionowe ściany przecięte nitkami spadających wodospadów wiszą nam tuż nad głowami. Nagle pada pytanie: gdzie są Holendrzy?. Poszli spać - odpowiadam patrząc na oświetlone słońcem skalne krawędzie naszej doliny. Zegarki pokazują już prawie godzinę po północy. Brak nocy robi wielkie wrażenienie na każdym, kto po raz pierwszy w Norwegii. No cóż, musimy się tu przyzwyczaić do szczelniejszego zamykania oczu.
dzień poprzedni
dzień następny
Dzień drugi, pierwsze poty
Przezornie wczoraj wypatrzyliśmy wypłynięcie naszego promu na godzinę piętnastą.
Całe przedpołudnie bez stresu zwijamy namioty. Sortowanie, pakowanie, jeszcze prysznic za pięć koron. Głowy jeszcze deczko ciężkie, chyba od podziwiania wczorajszego zachodu słońca. Ruszamy trochę niepewnie, wspomagani machnięciami ręki naszego Dziadka. Dopakowani, wiadomo - początek, na full. Dobrze, że pierwszy odcinek to tylko dwa kilometry i w mieścince Gudvangen cumujemy na przystani, mamy jeszcze dużo czasu do przybycia promu. Pierwsze chwile spokoju norweskich fjordów mogę po raz kolejny tutaj przeżyć. Tafla wody, chowająca w sobie setki metrów głębi, wciska się w naszą dolinę. I setki metrów pionowej skały po obu stronach strzelające w górę. Jest cicho, są mewy i ich typowy skrzek. NORWEGIA.
Pojawia się prom, zgrabnie manewruje na wodzie w kierunku przystani. Pokaźna grupa skośnookich turystów manewruje też w tym kierunku, tyle, że na lądzie. Prom cumuje, jesteśmy beznadziejnie ciasno otoczeni przez skośnookich. Oglądają nasze rowery i całe wyposażenie, my cicho z boku, Michał to wszystko filmuje, a niech tam. Płacimy za przeprawę po ok. 70 zł, ale też trwa ona ponad 3 godziny. I to najpiękniejszym fiordem, jaki znam w Norwegii.
Naeroyfjord-przeprawa do Kaupangen Na promie ganiamy z aparatem i kamerą za najlepszymi ujęciami. Pierwsza cześć fjordu zaskakuje wyłaniającymi się zza potężnych skał jego odnogami, równie ciasnymi jak ta, którą płyniemy. Wszędzie spada woda, wszędzie jest pięknie. W miarę posuwania się do przodu fiord się poszerza, stromizny maleją. Jeszcze dobijamy do pozbawionego innego połączenia z cywilizacją przysiółka, i po drugiej stronie fiordu cumujemy w Kaupangen.
Wyprowadzamy rowery na parking, upał, pełne słońce, asfalt prawie się topi.
I od razu pierwszy podjazd. Na mapie go nie odkryłem, więc jest tym bardziej przykry, no i w strasznym upale. Pierwsze poty. Zjazd do miasta Sogndal, które zaczyna się mostem, mostem, który zakończy naszą pętlę. Następny droga nad fjordem odcinek ponad 40 kilometrów nad Sognefjord to doskonała rozgrzewka na następne dni. Droga malownicza i bez przygód. Z lewej fiord w pełnym słońcu, jego szerokość przygarbiła jakby góry po przeciwnej stronie. Dużo cywilizacji, czyli mkniemy bez zatrzymania dalej. Z impetem dojeżdżamy do przystani promu w Hella. Jest późno, ale korzystamy po raz pierwszy z braku ciemności, decydujemy się na przeprawę do Dragsvik i po drugiej stronie szukanie miejsca na nocleg.
Teraz fiord po prawej, droga wije się odsłaniając co rusz jego piękno. Wieczorne słońce maluje pastelowo przeciwległy brzeg. Na wprost wysokie szczyty, o tej porze dnia ich kontury rysują się ostro na tle błękitu nieba. Szukam wzrokiem niskiej przełęczy, bo tam jutro nasza droga. Nic z tego, są tylko wysokie. Pokazują się domy, trochę płaskiego brzegu. To możliwość biwaku. Obok wpada strumyk, ale powyżej parę zabudowań wiec używamy z niego wody tylko do mycia. Po raz pierwszy i ostatni wodę do picia przywieźliśmy na biwak w bidonach. Tomek wędkuje, reszta robi cały ten biwakowy kram. Nie złapał dziś żadnej ryby, ale w naszych torbach dosyć jedzenia. Nie chce się gasić ogniska, ale przecież jutro dalej.
Jak tu spokojnie !
dzień poprzedni
dzień następny
Dzień trzeci, najpiękniejsza łazienka świata
Otwarte oczy, coś szaro w namiocie. Otwieram go, chcąc sprawdzić moje podejrzenia. Odsłania się tylko kilka pierwszych metrów wody, cała reszta w gęstej mgle. Za często jestem jednak w tym kraju żeby się tym przejmować. Chcę budzić Tomka w jego jedynce ale on już na rybach. Humory dobre, ale żołądki puste wiec znów idzie w ruch maszynka gazowa. Z dymiącym kubkiem kawy siedzę nad kamienistym brzegiem ostro spadającym do wody. Co chwila plusk błysku, rzadko przejeżdżające za plecami auto.
Co zrobimy z jedną rybą?- trzy razy tak odpowiadam Tomkowi i na tej zasadzie nie wygrilujemy dziś żadnej ryby. Zwijając obóz obserwujemy walkę słońca z mgłami. Widać coraz więcej. Z tego miejsca zaglądamy w dwa ramiona fiordu obramowane stromo w górę strzelającymi szczytami. My pojedziemy skrajem lewego, prawe ramię wdziera się w góry śmiałym łukiem i chowa przed naszym wzrokiem. Z mgieł tworzą się chmury, podnoszą się coraz wyżej i gdzieś znikają. Szemrze kamera, biegamy z aparatami foto. Pięknie!
Wypychamy nasze rumaki na nitkę asfaltu i w drogę. Jeszcze nad fiordem, więc teren w miarę łatwy. W Norwegii płaskich odcinków nie ma, jadąc nad fiordami nie spotyka się długich podjazdów, więc jest przez to łatwiej. Ale fiord się kończy, zaczynamy się wspinać. Przełęcz leży na wysokości 745 m.n.p.m. Ale po drodze jeszcze sklep, pijemy kefir, mleko, smakujemy norweskie kołaczyki, ach, jak dobrze. Rowery oparte o stary dystrybutor paliwa, chyba jeszcze na chodzie.
dolina Badalen Dalej kręcimy razem, często rozsypani na całej szerokości drogi, ruch na niej minimalny. Gwarzymy o planach na następne dni. Zaczyna się podjazd. Jeszcze nisko przecinamy wielki potok spadający z wiszącego gdzieś z prawej lodowca. Dookoła góry. Przezornie zatankowane bidony na podjazd, niepotrzebnie, wszędzie wyżej tryska woda. Ale ten potok niesie wodę z lodowca. A to podobno samo zdrowie skute w lód przed tysiącami lat. W słońcu jest około 40 stopni C. Teraz już każdy sam walczy z wysokością. I tak będzie przez całą drogę. Na podjazdach jesteś sam. Ale góry zaczynają się nam powoli kłaniać. Przeciwległe szczyty maleją, dolina z fiordem zostaje coraz głębiej i dalej. Tam, gdzie droga podchodzi do strumienia-wodospadu /na tej wysokości raczej wszystko spada, a nie płynie/ czeka na nas Tomek. Upał, my totalnie przepoceni, więc woda zaprasza do kąpieli. Małe pranie, ale przede wszystkim moczenie naszych ciał jest w planie. Ale... woda ma poniżej 10 stopni. Dno i przeciwległa strona naszej łazienki są wykafelkowane pięknymi granitowymi płytami, największy mistrz, Matka Natura, to robiła.
Najpiękniejsza łazienka świata. Tomek leży po szyję w wodzie, moja odwaga starcza na robienie zdjęć z kąpieli. Mijają przynajmniej dwie godziny. Moczymy wszystko, co mamy na sobie, łącznie z chustami na głowę i tak to wszystko na siebie ubieramy. Upał! Ruszamy pojedyńczo dalej do góry i tak osiągamy też przełęcz. Widok w dolinę imponujący. Prawie pod siodło przełęczy dolina jest zalesiona, widać wycięte w lesie fragmenty naszej drogi ułożonej w serpentyny. dolina Nystolsegga, nasza droga Zjazd w dół na drugą stronę wspaniale chłodzi, widoki bardzo dzikie, sama natura.
Rozglądamy się za biwakiem. Po lewej pojawiają się w dole jeziora, parkujemy i idziemy szukać miejsca pod wielkim wodospadem. Na jego buli miejsca dosyć, ale jak tam sprowadzić rowery? I jak w takim huku spać? Jedziemy jeszcze chwilę, zagłębiając się w kolejną szeroką, lesistą dolinę. Po lewej błyszczy jezioro, tam znajdujemy miejsce na nasze biwak nad jeziorem namioty. Od drogi dzieli nas lasek brzozowy, jakże typowy dla Norwegii. Nasz namiot stoi tak blisko wody, że wyciągając z niego nogi można je prawie moczyć w jeziorze. Lasek brzozowy podzielony jest strumykiem, nad którym rozbił namiot Tomek. Ognisko jest super, pachnie paloną norweską brzozą. Mamy nawet odwiedziny, owca z dwoma pociechami. Chciałyby nam wszystko zjeść, a może tylko są ciekawskie? Nadciągają chmury, rozwieszamy dodatkowe zadaszenie. Aż szkoda iść spać. Nie chce się zamykać ani oczu ani namiotu, z którego widac połać jeziora i góry po jego drugiej stronie.
dzień poprzedni
dzień następny
Dzień czwarty, jad kiełbasiany
Otwieram namiot i niewiele widzę. Ta sama co wczoraj gra mgieł, słońca i przestrzeni. Uwijamy się w naszej bazie. Chmury się podnoszą i widzimy odsłaniającą się najpierw taflę jeziora, a później jego dalsze otoczenie. Znów piękna pogoda i jazda dalej w dół.
Góry, góry, nasza szeroka dolina sprowadza nas coraz niżej. Chmury są dziś bardziej kłębiaste i pewniej czepiają się szczytów. Po lewo towarzyszy nam teraz przełom rzeki, dwa razy zatrzymujemy się, podchodzimy do niej i robimy zdjęcia. Za drugim razem jest to potężna rzeka w dolinie Nystolsegga kaskada, którą niesposób objąć obiektywem. Pojawiają się osiedla, w nich drewniane kościółki. Dojeżdżamy do rozwidlenia dróg, tam sklep z ławeczką sklep. Parkujemy nasze maszyny, oczywiście przy dystrybutorach paliwa, częstym rekwizytem małych sklepików na rozstajach dróg. Stolik przed sklepem jest nasz, zapełniamy go jedzeniem, co nie zjedzone ląduje do toreb na rowerach.
Dalej wzdłuż jezior. Mając z prawej strony jezioro Haukedalsvatn, zaczynamy się znowu dzielić. To oznaka, że się wspinamy. Rozdzielamy się pod kolejnym sklepem, jeden z nas ma znów ochotę na mleko, ja pedałuję dalej. Nie jest łatwo, musimy wejść na prawie 550 metrów. Słońce nie traci czasu i opala niemiłosiernie. U góry chłodniej, totalna dzicz. Tyko przyroda, a tchnienia świeżego wiatru chłodzą i suszą. Czekamy na ostaniego marudę, podziwiamy widoki, może by tu razem posiedzieć? Jednak opuszczamy się w następną dolinę. kilkaset metrów zjazdu w pionie Jazda jest szaleńcza, bo chyba opanował nas tutaj demon prędkości, a stromizna straszna i droga tutaj akurat dziurawa. Na każdej patelni podziwiamy widoki. Z mapy widać, że zbliżamy się do Moskog, tam planujemy zakupy. Moskog okazuje się skrzyżowaniem dróg, no, może do tego kiosk pamiątkarski i frytki. Więc dalej szukamy sklepu. Wpadamy na E39, nie numer drogi ważny, a ruch na niej. A ten, jak na Norwegię, wielki. Pędzimy więc co sił, aby z tej drogi uciec. Trafia się stacja Shella, a na niej wielki sklep. Tradycją stała się ławeczka przed sklepem, ale tej tutaj nie znaleźliśmy, jedyny raz na naszej wyprawie.
Jesteśmy dzisiaj już zmęczeni. Szukamy zjazdu z głównej drogi w kierunku na Skei, chcemy okrążyć jezioro Jolstravatnet z prawej strony. Jest zjazd i... jaka ulga, nie ma aut. Rozglądamy się za noclegiem. Po parunastu kilometrach przy starej rybakówce jest trochę płaskiego terenu, obok strumyk z czystą wodą. Już wieczór, a my chowamy się jeszcze w cieniu przed słońcem. Kolacja. Wieziemy suchą kiełbasę, będzie dziś smakować. Do licha, nie wytrzymała norweskich upałów. A nie ma nic ponad jad kiełbasiany. Więc jemy makaron, kiełbasa ląduje w krzakach.
dzień poprzedni
dzień następny
Dzień piąty, pany chodzą parami
Ciągniemy dalej. Teren łatwy, za nami ciągną też chmury. Dopadamy główną drogę. W Skei znów ławeczki przed sklepem zaprosiły do śniadania. Obserwujemy robiących zakupy Norwegów, którzy z kolei na nas nie zwracają zupełnie uwagi. Poczucie totalnej wolności towarzyszy mi w tym kraju nie tylko w zetknięciu z naturą ale i z tymi ludźmi.
Spadają pierwsze krople deszczu. Wpychamy się w następną kolejne stadko koziczek dolinę. Stada kóz opanowały nie tylko jej zbocza ale i naszą drogę. Co chwilę tworzą się korki, Norwedzy ze spokojem przepychają się przez kolejne stadka. Droga prowadzi lekko pod góre, jedziemy razem. W górnej cząści doliny wychyla się nam za plecami potężna piramida góry Eggenipa, stajemy zachwyceni widokiem. Za to widok do przodu mniej zachwyca, ukazuje się nasz podjazd na kolejną przełęcz. A słońce znów zaczyna palić.
W Byrkjelo rozwidlenie dróg, stajemy tylko na krótko. Nie przesadzajmy z tymi sklepami! Tym bardziej, że w tym kraju drożyzna. Podjazd jest trudny, duże nachylenie i znów upał daje się we znaki. Tomek jak zwykle zostawia nas w tyle. Co jakiś czas spoglądam w dół, widok na dolinę coraz szerszy. Droga wprowadza w las, staram się jechać plamami cienia rzucanego przez przydrożne drzewa. Jaka wtedy ulga! Znak drogowy oznajmia za półtorej kilometra knajpę, to chyba na przełęczy? Niby nie daleko, ale było ciężko. Szeroka przełęcz wita powiewem wiatru, znów widoki! Na okolicznych szczytach gór błyszczą śniegi, widać kawałek lodowca.
Karistova to wielkie centrum sportów zimowych. Najbliższe stoki oszpecone wyciągami, na szczęście dalsze perspektywy to sama natura. Jest upalnie, chowamy się w cieniu pojedyńczych skał sterczących na przełęczy. Korzystamy z tutejszych ubikacji, które w Norwegii są w zasadzie prawie łazienkami. Nienagannie czyste, zawsze z ciepłą wodą, codzienie sprzątane, co niejednokrotnie obserwuję. Bardzo są przydatne w takich, jak nasza podróżach.
Z wysokości 650 metrów opuszczamy się do Invikfiord. Wspaniała w drodze jazda. Słońce, teraz sprzymierzeniec, maluje po górach. Zza kolejnego zakrętu pokazuje się fjord. Mimo, że jadę tą drogą nie po raz pierwszy, staję i raduję się widokiem. Trzymamy się razem, choć w zjazdach jestem z regóły najwolniejszy. Nagle meldunek o awarii. Przy zabawach z hamulcem pękła szprycha w tylnim kole. Aby było milej to jest to szprycha od strony napędu. W akcję musi wejść specjalne narzędzie. Naprawa, chociaż w wielkim upale, idzie sprawnie i wnet pędzimy dalej w dół. No, chcemy pędzić, bo kolejne wołanie oznajmia następną panę, tym razem przebita dętka. Pany chodzą parami. Po naprawie jedziemy więc pewnie dalej. Od Utvik droga prowadzi nad samym fiordem, jazda spokojna, często droga się bardzo zwęża, ale ruch niewielki. Widok w zasadzie tylko w lewo na fiord, ale za to jaki! rozmiar naszej patelni Po prawo stok góry pokryty cały lasem. Podglądamy nie tylko fiord ale i miejsce na biwak. Nad fiordem jest bardzo wąsko więc liczniki pokazują coraz więcej kilometrów a my dalej kręcimy. Już po dwudziestej więc sklepy zamknięte. Stajemy przy stacji paliw, która ma mały sklepik. Przymusowy postój, bo zamówiony przez nas chleb musi być najpierw upieczony. Kilka kilometrów dalej decydujemy się na rozbicie namiotów na obszernym parkingu. Trochę z boku, w grupie drzew akurat miejsce na nasze dwa namioty. Tomek idzie łapać ryby. Rozgaszczamy się na najbliższej z kilku grup siedzeniowych i gotujemy obiado-kolację. Poprzez bliskość drogi jest to najbardziej cywilizowany biwak na naszej trasie. Jesteśmy jednak trochę zmęczeni więc nie powinno być kłopotu ze spaniem.
dzień poprzedni
dzień następny
Dzień szósty, deszcz
Nie było kłopotu ze spaniem. Rano mamy jeszcze dwóch sąsiadów, którzy też tutaj spali, tyle, że w kampervanach. Na naszych ławeczkach śniadanko, dla mnie jak zwykle kornfleki z mlekiem, no i kubeł kawy. Nie wszyscy piją kawę więc mamy i herbatę. A do tego Tomek popija zwykle jakieś jego dziwne napoje. Trochę eksperymentuje przy zakupach, wiadomo - młody. Mamy jeden palnik gazowy, który w zupełności wystarcza. Od krojenia chleba jestem w zasadzie ja, reszta koncentruje się bardziej nad jego konsumpcją. Kupujemy najtańsze tutejsze sery, jakieś tanie puszki z pasztetami, ale puszek raczej unikamy. Odkryliśmy dobre i tanie dżemy, miód też jest zawsze na stole. Gotujemy często zupy, których mamy ogromne ilosci. Tomek, jako jedyny z nas, pochłania makarony często okraszane tuńczykiem z puszki, prawdziwy wędkarz. Ale dziś przynosi dwa spore dorsze. Niestety kilku pierwszym, które złapał, darował życie, moja natura.
Startujemy jak zwykle dosyć późno, staramy się nigdy nas nie poganiać. Okrążamy dalej fiord i lądujemy w Stryn. Oczywiście parkujemy przy ławeczkach obok sklepu, odpoczywając pijemy lekkie piwo norweskie. Droga prowadzi dalej wzdłuż fiordu. Ale, żeby dać nam możliwość oglądnięcia wczorajszej trasy po przeciwnej stronie fjordu, wspina się z nami nagle o 250 metrów wyżej. Rozsypujemy się znowu troszkę by się spotkać na przełęczy. Niebo w chmurach, ale jest sucho. Teraz wspaniały zjazd lesistą doliną o nieznacznym tylko spadku. Takie odcinki wynagradzają każdy poniesiony trud. Jest bardzo skaliście, las dorodnych sosen jest gęsto poprzetykany olbrzymimi skałami. Na rozwidleniu dróg krótki postój i dalej wzdłuż najgłębszego jeziora Europy, Hornindalsvatn, 514 metrów głębi.
Znów zmiana widoków, ale dalej pełno wody i gór. W Grodas znów ławeczka pod sklepem, znów po jednej puszce lekkiego piwa. Kupujemy łososia na grilla i chłopcy ruszają dalej. Ja chcę zrobić jeszcze zdjęcie jeziora, jadę w kierunku brzegu i gdy wyjeżdżam zza budynku patrzę jak oniemiały. Hornindalsvatn - 514 metrów , rekord Europy Po drugiej stronie jeziora oświetlony słońcem stok, a nad nim wielka chmura. Jest ciemnogranatowa i widać, że niesie w sobie mnóstwo wody. Strzelam zdjęcie i pędzę za resztą. Gdy ich dopędzam też już zdążyli odwrócić się za siebie i wiedzą o chmurze.
Wspinamy się doliną naszpikowaną gospodarstwami rolnymi. Kierunek mamy dobry, ucieklibyśmy chmurze, gdyby tak bestia nie pędziła. Deszcz. Dopada nas między dwoma przystankami autobusowymi. Do następnego nie jest jednak daleko i chowamy się wnet w jego przytulnych trzech ścianach i pod jeszcze przytulniejszym dachem!
Teraz to już ulewa. Pod dachem mieścimy się wraz z rowerami więc na razie nie jest źle. Jest jeszcze miejsce na rozłożenie jednorazowego grila, rozpalamy i kładziemy na niego kupione łososie i złowione dorsze.
Po niespełna dwóch godzinach kręcimy dalej mokrą szosą. Wokoło znów pełno błękitnego nieba. Na przełęcz nie dojeżdżamy dzisiaj. Droga wyprowadza nas wreszcie powyżej rolniczej cywilizacji, przecina poprzeczną dolinę i w tym miejscu duży parking ze słynnymi już norweskimi ubikacjami. Z lewej dolinę zwieńcza potężna góra w kształcie przypominająca Matterhorn. Kawał płaskiego terenu odległy od naszej ubikacji o jakieś trzy rzuty kamieniem pozwala nam na rozbicie obozu. W lasku karłowatych brzóz stają nasze dwa namioty i rozpięte między drzewami zadaszenie na wypadek deszczu. Jest jeszcze wcześnie więc możemy zbijać bąki do woli. Na parkingu jest też kiosk czynny do 22. Właściciel po zamknięciu kiosku sprząta jeszcze ubikacje. Z trzech zostawia otwartą na noc tą dla inwalidów. Najlepszą, bo najprzestronniejszą. Mimo ponownego zachmurzenia podziwiamy widoki. Nasz Matterhorn pogniewał się chyba, bo skryty w chmurze. cudo starej techniki budowlanej Podziwiamy też starą konstrukcję mostu na starej, zastąpionej dziś asfaltową, drodze.
Podczas kolacji składa nam wizytę stado krów. Chodzą sobie między namiotami jakby to one miały w nich spać. Dziś wielkie kąpiele i pranie. Przestronna ubikacja wielkości dużej łazienki ma nieograniczoną ilość ciepłej wody. Jest w dechę. Jako ostatni jest w kolejce Tomek, ten, który ma zawsze najwięcej czasu. Około 2 w nocy wychodzę do naszej łazienki pogonić go do spania. Po pół godzinie puka do naszego namiotu, że jest gotowy. Dobranoc!
dzień poprzedni
dzień następny
Dzień siódmy, postój
Pada w nocy, pada rano. Możemy spać do woli co wykorzystuje przede wszystkim Tomek. Wczesnym popołudniem idziemy pod Matterhorn. Kilkugodzinna wędrówka, u celu której nasza góra znów się na nas pogniewała. Odkrywamy wysoko w dolinie całe osiedle domków letniskowych. Każdy Norweg ma prawo otrzymać od króla kawałek terenu w przez siebie wybranym miejscu, gdzie stawia sobie domek. Stąd tyle domków na małych wysepkach czy w innych, niedostępnych miejscach. Wyobraźnia Norwegów, jeżeli chodzi o wybór terenu, nie zna granic. Szczęściarze. Na stałe mieszkają też często w bardzo zwariowanych miejscach. Państwo ma obowiązek zapewnić każdemu, obojętne gdzie mieszka, ten sam standard życia, aby miejsce zamieszkania nikogo nie krzywdziło. Mieszkają przepięknie, ramię w ramię z naturą. Tylko, jak mówi Michał, jeżdżą w większości starymi autami. Pogoda cały czas się poprawia, decydujemy się jednak zostać tu na drugą noc. Znów odwiedziny, tym razem kozy. Jedna dobiera się do flagi przytroczonej do roweru. Koza podobno zje wszystko. Ale laba. Znów kąpiele i spanko.
dzień poprzedni
dzień następny
Dzień ósmy, 0 - 1000
Jest znów pogodnie, trochę trwało zwijanie dwudniowego majdanu. Skok na pobliską przełęcz, i dalej całą trójką w dół do okrzyczanego najpiękniejszym fiordem Norwegii, Geirangerfiord. Droga wije się lewym zboczem tuż nad dnem wąskiej doliny. Samym dnem kaskadami spada rzeka. Nachylenie duże, zjeżdżamy do Hellesylt. Rzeka po raz ostatni buntuje się tu potężną kaskadą przeciw popadnięciu w nicość w wodach fiordu. Do odpłynięcia prom na Geirangerfjord w Hellesylt promu jeszcze czas więc nowu sklep z ławeczką. Rewa 1000 to najtańsza sieć sklepów w Norwgii. Niestety tutaj mamy do dyspozycji Spar, gdzie dosyć drogo.
Z pełnymi torbami mustrujemy się na przeprawę przez Geiranger. Niestety, zza stromych ścian fiordu spada na nas wielka chmura, kilka razy obdarowując nas w czasie przeprawy drobnym deszczem. Najgorsze, że bez pomocy słońca zdjęcia tego pięknego fiordu wychodzą płasko. Fjord bardzo wąski. Po obu jego stronach pionowe ściany setek metrów granitu wyskakują wprost z wody. W odwrotnym kierunku wysokie granie zrzucają z siebie wodospadami jej nadmiar. Geirangerfjord - wodospad Siedem Sióstr Wodospady różnych kształtów, niektóre, proste nitki swobodnego spadania, inne, łamane kształtem żlebu, którym pędzą w dół. Sciany żyją bujną roślinnością, która, jeżeli nawet odczuwa brak ziemi to na pewno nie brak jej tu wilgoci. W połowie drogi kawałek płaskiego terenu nad wodą, na nim domek. Od pomostu odbija motorówka i podpływa pod prom. Tracimy z naszego stanu na promie trzy skrzynki piwa i dwoje młodych ludzi z wypchanymi plecakami. Motorówka z nowymi pasażerami pruje wodę w drodze powrotnej, a my dalej w kierunku miasteczka Geiranger. Zazdrosnym okiem spoglądamy za oddalającym się samotnym domkiem, jeszcze widać tylko strzępki dymu z komina. To by były wakacje! Za ostatnim zakolem fjordu wypatrujemy naszej dalszej trasy. Z polskiej wycieczki autobusowej ktoś oferuje się zrobić nam zdjęcie.
Chwila pobytu w typowo turystyczno-wczasowej mieścince Geiranger, wysyłamy kartki do domu no i zaczyna się! 0 - 1000. Taką różnicę wysokości chcemy jeszcze dziś pokonać. Początkowo droga wśród hoteli i pensjonatów bardzo ostrymi serpentynami wyprowadza ponad miescowość. Nachylenie sięga 15-18 procent. Z przejeżdżających aut widać zwrócone ku nam twarze, ludzie pozdrawiają nas machnięciami rąk. Wykorzystuję każdą zatoczkę przy drodze, aby podziwiać coraz rozleglejsze widoki otaczających okolicę podjazd z Geiranger w kierunku Dalsnibba gór z błękitną taflą fiordu w dole. Ostatni nasz wspólny postój przypada na wybitnym punkcie widokowym, ograniczamy się tylko do filmowania i ruszamy w górę. Od tej chwili każdy już skazany jest na samotną walkę. Po tylu dniach mam już jednak pewność, że każdy z nas dotrze do celu, że na nikogo nie musimy czekać. Kontakt wzrokowy traci na znaczeniu. Jeden ucieka do przodu, drugi gdzieś się zapodział ze swoją kamerą. Jestem w środku, jest bardzo ciężko, ale wspaniale! Przy drodze kamień, a na nim napis 800 m.
Zaczyna się robić chłodno, pojawiają się płaty śniegu. Z boku dołącza do drogi potok, ma łatwiejszą drogę, bo płynie w przeciwnym kierunku. Powiewy wiatru stają się prawie lodowate.
Norwegia, jako, że leży na północy, nie mieści się w naszych stereotypach klimatyczno-pogodowych. Tutaj na wysokości około 1000 m zjawiskiem normalnym jest leżący całe lato śnieg. Już dużo poniżej tej wysokości obowiązuje górna granica lasu. Wyżej rosną karłowate krzewy i całe chmary porostów. Zycie nie jest tu uboższe, aby je jednak odkryć, należy być baczniejszym obserwatorem. Na wypłaszczeniach królują rozlewiska, podmokłe młaki. Nierozpoznawalne dla mnie kwiaty, krzewy, kwitnące drobnymi kwiatuszkami, to wszystko widzę, muszę tylko zmienić sposób obserwacji. Wszechobecna woda często przeszkadza w wyszukaniu miejsca na namioty. I wszędzie rosną kamienie.
Czuję, że zbliżam się do przełęczy. Teraz już nie ma serpentyn, droga wije się w dzikim krajobrazie skał, wody, śniegu i pochmurnego nieba. Na buli po prawo czeka Tomek, na lodowatym wietrze stoi tu od 40 minut. Zabiera się ze mną dalej. Wpadamy na rozległe siodło prrzełęczy. przełęcz Dalsnibba Tu już nie ma żartów, naciągamy kurtki, rękawice i ruszamy dalej tylko po to, aby poszukać miejsca na namioty. Już we trójkę. Szeroka przełęcz dźwiga na sobie jezioro, schodzę i szukam nad nim miejsca. Znajdujemy je jednak dopiero kawałek dalej, na buli między tym a następnym jeziorem. Widok z namiotu na ośnieżone góry jest imponujący. Namioty stoją zapraszając ciepłymi śpiworami, a w rękach nieodłączna micha z zupą. I gorąca herbata w sam raz na tą zimną przełęcz.
dzień poprzedni
dzień następny
Dzień dziewiąty, pogoń za dziurą w niebie
Dzień wstał pochmurny, jest jednak ciepło. Bez pośpiechu, dziś według mapy jedziemy w dół, wyprowadzamy się z obozowiska na drogę. Dolina, którą jedziemy, jest bardzo dzika i kamienista. Z prawej pobocze drogi opada stromym, kamienistym piargiem do jeziora. Woda w nim szara, to barometr na dzisiejszą pogodę. Witamy się wnet z główną drogą, pełno na niej aut i deszczu. Z początku wygląda to źle. Ale to przecież Norwegia, myślę, pogoda się zmieni.
Ale uparciuch, docieramy do Grotli, a tu dalej leje. Grotli to kompleks restauracyjno-hotelowy, tam odbija droga do letniego centrum sportów zimowych w pobliskich górach. Co chwilę przemyka zabłocone auto z dechami na dachu. Parkujemy pod obszernymi zadaszeniami z informacjami turystycznymi, zwiedzamy pamiatki i część restauracyjną kompleksu. Po prostu czekamy na lepszą pogodę. Zagadujemy dwóch Duńczyków, którzy mają w planie przejście przez Jotunheimen. Oceniam wizualnie ich sprzęt, jest ok. Może i my tak kiedyś przyjedziemy? Przestaje padać więc ruszamy.
Następna chmura wylewa się znów na nas. Wypatrujemy w niej niewielką przerwę i podkręcając tempo ruszamy w pogoń za dolina Otta za Grotli dziurą w niebie. Jakiś czas się udaje, ale w końcu dopada nas znowu deszcz. Chowamy się na chwilę pod małym zadaszeniem przy drodze. Na chwilę, bo pogoda znów zaczyna się poprawiać. Droga prowadzi w dół, widoki są bardzo szerokie, wszędzie las. Jest ładnie, szeroko rozłożone po stokach lasy łagodzą dzikość gór. Droga kręci całą szerokością doliny. W pewnym momencie zaczepia się lewego jej stoku i... zaczyna się.
W trudnej do oceny odległości od drogi, może pół, może kilometr, strzelają w górę pionowe ściany. Cały teren od drogi po skały usypany jest blokami skalnymi różnych wielkości. Są między nimi i takie wielkości sporej kamienicy. Pojawiają się też po drugiej stronie, kiedyś się przez tą drogę przetoczyły. W ten labirynt głazów wplatają się wielkie sosny i świrki, nadając tła granitowi. Ten pokaz trwa kilka kilometrów i jest dla mnie wielkim przeżyciem.
Wkrótce dołącza z prawej wszędzie woda !! rzeka ze swoimi przłomami i rozlewiskami wśród lasu. Rumowisko nas opuszcza, zerkamy nad rzekę z prawej szukając miejsca na nocleg. Znów pełno nieba. Piękno tej doliny zachęca do rozłożenia się tu biwakiem.
Jeszcze kilka kilometrów i jest zjazd nad rzekę. wieczór na biwaku Najlepsze miejsce zajęli już Niemcy podróżujący autem. Na pocieszenie zostaje nam miejsce drugie, którego zazdroszczą nam na pewno trochę później przybyli Czesi, też autem, ale z rowerami na dachu. Pranie i mycie nad rozlaną szeroko rzeką, którą słońce maluje nam na dobranoc. Znów dziś dużo czasu na zbijanie bąków. Coś nieprawdopodobnego, wokoło dalej tylko przyroda. Zupełnie wyluzowani idziemy spać.
dzień poprzedni
dzień następny
Dzień dziesiąty, kierunek Jotunheimen
Rano dalej w dół. Skręcamy na chyba najpiękniejsze pole kampingowe jakie znam. Wszystko nad spienioną rzeką, w otoczeniu gór, każdy najmniejszyn nawet detal jest z drewna no i to norweskie poczucie smaku. Są domki kampingowe, miejsca na przyczepy i namioty. na kampingu Donfoss Bru Basen, to wydzielone zakole skalistego koryta rzeki. Tuż obok basenu nurt rzeki huczy pienistymi kaskadami i rozlewa się, pomagając tworzyć perspektywę naszej doliny. Z żalem jedziemy dalej. Gdzieś w lesie przy drodze natrafiamy na centrum handlowe, okrążamy je na naszych maszynach w poszukiwaniu ławeczki. Jest tuż przy wejściu do sklepu. Znów jest pełna prowiantu, jemy kołaczyki, przydziałowego banana, kto chce to i przydziałowe jabłko, pijemy mleko i obserwujemy znów robiących zakupy Norwegów. Jeden przyjeżdża traktorem, a co tam, pohałasował i odjeżdża. Kraina typowych rolników. A na nas nawet nikt nie spojrzy.
Opuszczamy się dalej w drodze do Lom doliną. Nasz cel to Lom, miejscowość, gdzie startuje słynna z widoków droga 55. Mapa oszukuje, parę razy musimy ciągnąć w górę. Ale jest i Lom. Znów sklep, tam robimy zapasy na pierwsze dni w Jotunheimen. Cała trasa przez Jotunheimen pozbawiona jest sklepów.
Wjazd w Jotunheimen. Jotunheimen to największe, obok Hardagervidda, norweskie dzicze. Zawierają w sobie najwyższą górę Norwegii jak i największy lodowiec na europejskim stałym lądzie - Jostedalsbreen. My się w te nazwy naszymi rowerami trekingowymi, tylko Tomek ma górala, nie możemy pchać. Ale będziemy czuć ich tchnienie. Pijemy piwo i ruszamy w górę. Droga, zrazu ocierająca się o zagrody rolników, wprowadza niespodziewanie w wąski przełom rzeki. Z prawej jest przepaściście. Kiedy się znowu poszerza, myślimy o noclegu. Ale jeszcze musimy się wspinać. Za mało przestrzeni między drogą a rzeką. Dopiero gdy w lewo odbiega boczna dolina skręcamy w jej drogę i za chwilę jest miejsce. Potok spływający tą boczną doliną ma w tym miejscu może metr szerokości, ale huczy jak Niagara. Najważniejsze, że niesie w sobie czystą wodę. Tomek dłubie przy łańcuchu, który zacina się mu na kilku oczkach. Jeść i do wyra. Nadciągają chmury!
dzień poprzedni
dzień następny
Dzień jedenasty, wjazd w Jotunheimen
Dzeń wstaje pochmurny. Opuszczamy zamieszkałe tereny, pniemy się w górę. Jeszcze jesteśmy w strefie lasów sosnowych, jeszcze nachylenie drogi jest w miarę przyzwoite. Po lewej stronie, za rzeką wyrastają zbocza najwyższych szczytów Norwegii. Są szczelnie otulone chmurami. Mamy teraz typowy górski widok, od pewnej wysokości, około 100 metrów powyżej nas, wszystko schowane w chmurach. Wysokość tych masywów i sąsiedztwo lodowca współdziałają w tworzeniu się chmur. Czasami troche pokropi, ubieramy kurtki i spodnie nieprzemakalne. To znowu sucho, więc rzeczy lądują w torbach. Jeszcze na lesistym podjeździe natrafiamy na luksusową łazienka w lesie ubikację. Dłuższy postój, z bieżącą ciepłą wodą i innymi szykanami, odsyła deszcz w dolinę.
Droga wyprowadza teraz na typowe pustkowia Jotunheimen. Tutaj czuję się najlepiej. Brązowy, żółty i zielony, te kolory przeplatają się tu na wyścigi. Dziś nie dołącza do nich błękit nieba więc jeszcze bardziej dominują. Wjeżdżamy na siodło niewybitnej przełęczy. Jest schronisko, na parkingu wielki drewniany Leira bru - początek Jotunheimen słup z drewnianymi tablicami nazw tutejszych szlaków. To administracyjny początek Jotunheimen. W tych terenach zniszczona przyroda ma małą szansę sama się odrodzić. Wszędzie dużo informacji o parku narodowym i prośby o rozsądek. Nasze śmieci zawsze jadą przytroczone do roweru i lądują w pierwszym napotkanym kontenerze.
Pod zadaszeniem gotujemy zupy i patrząc na niżej leżące jeziora, wyobrażamy sobie jaki byłby to widok, gdyby je słońce troszkę pomalowało. Kręta dolina wynosi nas łagodnie coraz wyżej. Raz zwęża się do szerokości drogi i rzeki, to znowu zaskakuje przestrzeniami po obu stronach. Natrafiamy na kolejne osiedle domków kampingowych. Za standardowe pięć koron od osoby bierzemy gorący prysznic. No, teraz możemy szukać biwaku. Jeszcze jedno zwężenie i znajdujemy trochę płaskiego miejsca. Tuż obok mamy malutki strumyczek. W dół i górę dolina Breiseterdalen doliny piękne perpektywy układających się w zakręty rzeki i drogi. Resztę stron świata zamykają skalne ściany. Długo szukamy drzewa na ognisko. Gęste krzewy, porastające dno doliny, mają wysokość człowieka, a konary grubości ręki. Zbieramy te uschnięte, będą się długo palić.
Dziś jajecznica na kolację. O norweskich jajkach, kupowanych zresztą w sklepie, można by pisać całe strony. Są pyszne. Chyba wszystka żywność jest tu zdrowa, bo produkowana w tak naturalnych warunkach. Tylko do produkcji alkoholu nie mają jakoś talentu. A dokładnie to tak, że kiedyś tak dużo go spożywali że parlament wprowadził norweską prohibicję. Alkohol można więc tu kupić tylko w specjalnych sklepach, które zresztą trudno znaleźć i jest cholernie drogi. My coś mamy, ale o tym przy innej okazji. Siedzimy dziś długo w nocy, jest tak spokojnie i cicho. Tomek jako ostatni gasi ognisko.
dzień poprzedni
dzień następny
Dzień dwunasty, Jotunheimen
Zwijamy biwak w dolinie Breiseterdalen obóz powoli, bo nie chce się stąd ruszać. Na okrojonym przez góry niebie nie ma śladu chmury. Od samego startu droga wspina się z nami mocno w górę. Trzymam się z Tomkiem razem. Na pierwszej wyniosłości, którą jeszcze było widać z naszego biwaku, trafiamy na przepiękny wodospad, a raczej dwa wodospady w Jotunheimen dwa równoległe. Parking obok pełny aut, ale co to nas dotyczy? Wszyscy filmują, ładna mieszanka turystyczna, Tomek rozmawia z Amerykanami. Następny długi podjazd, sięgamy kompleksu schronisk Krosbo. Stąd wychodzi szereg szlaków pieszych w samo serce Jotunheimen, i... zaczynają się serpentyny. Jest bardzo stromo. Pojedyńczo dojeżdżamy do tablicy 1434 m.n.p.m.
Rozłożyste siodło przełęczy z po prostu niesamowitymi zdobywamy najwyższy punkt drogi Jotunheimen widokami. Słońce! Odsłoniły się norweskie olbrzymy. Jest tu każdy element norweskiego krajobrazu. Zachwyceni szukamy i znajdujemy miejsce na namioty. Jest ono na wybitnej buli, z której jeszcze ładniejszy widok. Rozbiliśmy Jotunheimen z najwyższymi szczytami Norwegii namiot i plączemy się po okolicy. Michał pojechał rowerem dalej w poszukiwaniu zdjęć. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie nadciągająca burza. Słychać jej grzmienie i ja decyduję zmienić miejsce spania na mniej eksponowane. Więc zwijamy obóz z wielkom żalem. Przepychając się przez wielki płat śniegu, dzielący bulę od drogi, ruszamy dalej. Podjazdy i zjazdy, droga wije się błyszczącą, mokrą wstęgą. Nad nami przewalają się rozgniewane chmury i pokrapiają z lekka deszczem. Jednak od miejsca zdecydowanego przełamania terenu w dół przejaśnia się. Jedziemy, uważnie wypatrując drugiego dziś miejsca na biwak. W dużym kotle, którego wody zbiera spokojna teraz tafla jeziora, stromy stok załamuje się małą płasienką i biwak pod Turtagro na niej stają nasze namioty. Wodę mamy na wyciągnięcie ręki, na dobrą sprawę płynie chyba też pod naszymi namiotami. Znów poszukiwania drewna na ognisko. Wiemy, że dużo go leży przy drodze, resztki po tyczkach wyznaczających drogę w zimie. To jest zawsze pewne źródło drewna w podróży. Ognisko, obok sterta drewna, tą ostatnią noc w Jotunheimen chcemy uczcić. Wyciągamy z pobliskiego płatu śniegu naszą butelkę dobrze już schłodzonego Johnny Wolkera i siedzimy jeszcze długo w norweską jasną noc.
dzień poprzedni
dzień następny
Dzień trzynasty, znów fiordy
Rano wychodzę pierwszy z namiotu. Przeciągając się macham do przejeżdżających aut, w których widzę uśmiechnięte i machające mi postacie. Ludzie na trasie reagują na nas z sympatią. To pomaga, może nie tyle przy rannym przeciąganiu, ile podczas trudnych podjazdów. Zawsze odpowiadam machnięciem. A przejeżdżający Polacy chcieliby machać wszystkimi kończynami, sympatycznie! Robimy porządek wokół ogniska, które zostawiliśmy w nocy nieposprzątane. Reszta drewna ląduje na miejscu wczorajszego ogniska. Teren przeszukany i uprzątnięty, śniadanie, i w drogę.
Jeszcze mój Jotunheimen, droga kręci w poziomie i pionie. Turtagro - Jotunheimen Turtagro to ostatni cywilizowany punkt w niecywilizowanym Jotunheimen. Wdrapujemy się na punkty widokowe i fotografujemy. Od tego miejsca niewyobrażalnie kręty i stromy zjazd na wysokość zero, do fjordu. Dwadzieścia kilometrów drogi i tysiąc metrów w dół. Widoki nas dalej nie oszczędzaja. Ale tak na prawdę nie oszczędzane są hamulce, nie dość, że w dół, to jeszcze bardzo często zatrzymujemy się fotografować. Gdzieś w połowie drogi pojawia się dwóch Francuzów w przeciwnym kierunku. Myślimy w tym momencie, że mają jeszcze wszystko przed sobą, ale dalszy, szaleńczy zjazd pokazuje nam, jak wiele już za nimi. Ten zjazd jest jedyny w swoim rodzaju. Ostatnia wąska prostka szeroka na wymiar jednego auta. Wchodzę w wąski zakręt, ostatnie hamowanie przed skrzyżowaniem, za którym już czekają chłopcy, jak zwykle dużo szybsi na zjazdach. Zakupy i na dokładkę krem przeciw słońcu. Coś tam jemy siedząc na ławeczkach. I dalej do fjordu.
Teren płaski, jeszcze po lewo przepiękny wodospad pod Skjolden nad Lustrafjord wodospad i sięgamy najdłuższego fiordu Norwegii, Lustrafiord. Woda w nim zupełne mętna, w takiej odległości od pełnego morza nie ma szans się wymieniać. A cały czas fiord zasilany jest wodą z lodowca. Wybieramy główną drogę prawą stroną. Zaczyna się cywilizacja. Nasz najbliższy cel to Gaupne. Sama droga nad fiordem trochę monotonna, ale widoki na fjord wspaniałe. W Gaupne robimy sobie wielką stołówkę na ławce przed ratuszem, w pobliżu sklep. Uzupełniamy zapasy, dzwonimy do domu. Dalsza droga nas zupełnie zaskakuje, z mapy nie wynika na tak strome podejście. najdłuższy fjord - Lustrafjord Troche musimy się pomęczyć aby na koniec zjechać nad jezioro Hafslovatnet. Nad nim planowaliśmy nocleg, nie ma jednak możliwości zjazdu nad wodę. Jedziemy dalej, droga zaczyna gwałtownie opadać do fjordu. Musimy ją opuścić ze względu na tunel. Bocznymi ścieżkami zjeżdżamy najpierw nad rzekę, wzdłóż której następnie nad fiord. Droga trzyma się teraz ciasno fiordu. Dopiero po dłuższej jeździe znajdujemy kawałek miejsca na nasze namioty. Za to miejsce, mimo, że wciśnięte między drogę a fjord, jest wygodne. Teraz cały ten kram obozowo-kulinarny, ryby nie biorą, i idziemy spać.
dzień poprzedni
dzień następny
Dzień czternasty, zamykamy pętlę
Bez wysiłku posuwamy się dziś dalej nad fjordem. Dojeżdżamy do naszego mostu, tego, na którym zamykamy pętla wokół Jostedalsbreen. Mamy jeszcze dwa dni w zapasie, decydujemy się na powtórzenie drogi nad fjordem do Hella. Wprawdzie powtórka, ale słońce maluje nasz fjord piękniej niż poprzednio. Robimy mnóstwo zdjęć, na promie Hella-Vandsnes spoglądam ze smutkiem na najdłuższy fjord - Lustrafjord początek naszej wyprawy, malejący w perspektywie oddalających się gór. Kręcimy w kierunku Vik, tam odpoczywamy, jemy obiad, i w drogę na ostatnią przełęcz. Jeszcze przepiękny kościół w Vik i zaczynają się serpentyny.
Ostatnia, ale bardzo trudna przełęcz. Najpierw tylko wysiłek i pot. Ponad granicą lasu zaczyna się owczy teren, pod wieczór zleciały się na nas chyba wszystkie muchy ze wszystkich owiec w Norwegii. Jedyny ratunek to piąć się w górę. Dopadam przełęczy i tam wiatr i wysokość przepędza te potwory. Tunel, ubieramy przed nim grubsze ciuchy. Za nim zjazdy w dół z wypatrywaniem miejsca na biwak. Gdzieś po drodze czekamy na ostatniego z nas. pożegnanie z natura Za długo, więc wracamy. Okazuje się, że Michałowi jeszcze na podjeździe poszedł w rowerze tylni napęd. Ale na tyle, że możemy się dalej poruszać. Jest miejsce na biwak, krajobraz szerokiej doliny z rozlanymi na niej jeziorami. Z perspektywy namiotu widok nie jest tak imponujący, ale jak jutro wejdę wyżej, dech mi zaprze. Robię dużą jajecznicę dla Tomka, dla reszty są jajka gotowane. Jak smakują, nie muszę chyba więcej pisać! Jest chłodno, ale nasze domki jak zwykle przytulne, spędzamy w nich tutaj ostatnią w tym roku noc w Norwegii.
dzień poprzedni
Dzień piętnasty, powrót do Dziadka
Wysypiamy się do syta. Dzień jest pogodny. Przyglądam się wystającej nieopodal nas górze. Zanim reszta się tak naprawdę rozrusza wybieram się w jej kierunku. Perspektywa, jak to zwykle w Norwegii, zwodzi, wymiary pionu i poziomu zmawiają się przeciwko mnie. Idę już dosyć długo, a perspektywa zmienia się bardzo leniwie. Wchodzę na kolejną bulę i muszę zawrócić. W końcu ważne jest, abyśmy dziś dotarli do Dziadka. Ostatne zwijanie namiotów i w Jotunheimen drogę. Na szczęście w dół, bo jeden rower jest jednak bardzo okaleczony.
Norwegia dalej nie daje odpoczynku. Mijamy najpiew tereny przypominające jako żywo Jotunheimen. Na ich końcu widoczny karkołomny zjazd w dół. Pod stopami usłane serpentyny z mozolnie wspinającymi się po nich autami. Stoimy na typowej krawędzi norweskich dwóch światów. Wokół nas, u góry, surowa natura, w dole zielone plamy łąk wyciągają do nas w górę swoje ramiona. Jeszcze dalej w głąb doliny ciemnieje las.
Znów nabrały ważności hamulce. Zjazdy, fotki, ileż to już razy? Widoczna w dole dolina Sendedalen dolina jest inna, szeroka i zrazu bardzo skąpo zadrzewiona. Oprócz pasterstwa i turystyki nie ma na niej śladów cywilizacji. Jazda jej płaską częścią jest prawdziwą przyjemnością. Przełamanie. Zaczyna się część zalesiona. Stromizna rośnie, pędzimy pojedyńczo w dół. Znów cywilizacja, najważniejszym jej przedstawicielem są tutaj znów rolnicy. Po prawej, otoczone lasem, jezioro. Wydaje się niewielkie, ale jak zauważam na nim łódź, przybiera właściwe sobie rozmiary. Jest potężne. I dalej do skrzyżowania. Bardzo ważne skrzyżowanie, prowadzące nas już teraz bezpośrednio do naszej doliny i naszego fiordu.
Ostatnia ławka przy sklepie, ostatnia butelka słabego norweskiego piwa. Jesteśmy na drodze do Gudvangen. Wyraźnie odczuwamy wzmożony ruch samochodów. Droga jest ważna turystycznie, a w Niemczech zaczęły się wakacje. I przyjechało ich tu w jednej chwili bardzo dużo. Ostatni zjazd do fiordu przechodzi wszystkie nasze oczekiwania. Jako, że nie wolno nam jechać długim tunelem, zaczynamy zjazd starą drogą. Podejrzanie tu dużo skośnookich, wyczuwamy jakąś atrakcję. I jest. Wielki hotel zawieszony nad krawędzią bardzo stromego stoku z widokiem na dolinę wyjaśnia mi obecność tutaj gości o tym kształcie oczu. widok na dolinę Noaerydalen Musimy zjechać tam serpentynami o nachyleniu drogi do 30 procent. Serpentyny układają się w rodzaj olbrzymich schodów. Jedziemy ostrożnie, mimo to od przeciążenia w Tomka rowerze pęka szprycha. Musi go sprowadzić na bardziej płaski teren. Tam przejmuję część jego bagaży, aby mógł ostrożnie przejechać te parę ostatnich kilometrów. Dojeżdżamy, Dziadek wita nas uśmiechem. Jeszcze prysznic, cały kram z pakowaniem i, teraz już autem, jedziemy w kierunku domu. Do zobaczenia w przyszłym roku!!!
początek