z plecakiem...

Wszystko co masz, niesiesz na plecach. Sprawa się szczególnie komplikuje przy dwutygodniowej wyprawie. W terenie gdzie nie ma możliwości uzupełnienia zapasów żywności i paliwa. Wtedy kompromisy i zaniechania są szczególnie ważne. Zabieramy tylko to, co niezbędne. Paliwo, żywność i sprzęt, minimalną ich ilość.
Paliwo... szkoły są różne, jednak ja preferuję gaz. Palnik uniwersalny na kartusze typu Primus, Coleman z gwintem jak również na te z zaworem. Zabieramy także zapasowy palnik, wersja miniaturowa. Był drogi w zakupie, nie ma tak dobrych parametrów jak jego większy brat ale daje komfort psychiczny. Nie można sobie bowiem pozwolić w warunkach północy na brak możliwości gotowania ciepłych posiłków. No i czasami jest fajnie jak na obozowisku buzują dwa palniki.
Energia... makaron, tuńczyk w puszce, zupy paczkowane /typu lunch, active, maggi/ ziemniaki peere, kiełbasa specjalnie wysuszana, gorący kubek, salami, masło - z tego czarujemy codzienne posiłki rano i wieczorem. Kawa rano , słodka chwila i herbata wieczorem. Muesli, corny, czekolada i witaminy rozpuszczalne w wodzie uzupełniają energię i płyny w ciągu dnia.
Sprzęt... namiot z przedsionkiem, troszkę cięższy /ok. 3,5 kg/ ale jaka wygoda!
Odzież tylko typu outdoor od antybakteryjnej /a jednak ciągle pranej/ bielizny po spodnie i kurtki typu gore-tex. Z bawełny używamy tylko koszulki do spania.
To co na siebie - lekka kurtka gore-tex, koszula, spodnie, buty, bielizna antybakteryjna, skarpetki, czapka.
W plecaku - kurtka gore-tex, polar typu windstopper, spodnie gore-tex, bardzo cienkie spodnie dresu używane na biwakach, koszula, komplet bielizny, skarpetki, kalesony i ciepöy podkoszulek tecnopile, koszulka do spania /bawełna!/.
No i buty! Ja noszę Meindl - Island. Są super. Tomek miał okrzyczane szwajcarskie Raichle. Niby bardzo solidne, jednak odstawały od moich jakością. W końcu się rozlazły więc chodzi teraz też w Meindl - Island. Oprócz wygody i stabilności nie przemakają w każdych warunkach.
Reszta to jakże ważne drobiazgi dla wszelkiego rodzaju napraw, higieny i bezpieczeństwa, apteczka /w niej trochę spirytusu/, bukłak Ortliba na wodę, kompas, barometr, czołówka, lataka, worki na śmieci /nasze śmieci nosimy ze sobą !!/. Dokładane mapy terenu i skrupulatnie przygotowany plan trasy.
Myślenie logiczne przekłada się wprost proporcjonalnie na obciążenie pleców. Dlatego np. na Hardangervidda nosiliśmy jedną parę sandałów i jedną parę kijków. Były nieodzowne przy przechodzeniu rzek w bród. Po przejściu można je było przecież przerzucić drugiemu, proste i funkcjonowało! Na Islandii już każdy z nas miał swioje kijki trekkingowe i sandały. Tam były częste przejścia rzek bez mostków. Rzeki były też szersze.
Nawiększe obciążenie plecaka to żywność. Jej ilość wyliczam perfidnie tabelą kalkulacyjną wg dziennego zapotrzebowania w energię. Jasne, że wybieram minimum tego zapotrzebowania. Wtedy udaje nam się nosić plecaki po około 27 kilogramów, a w nich sprzęt i zaopatrzenie na dwa tygodnie. W zamian za te 27 kilogramów mamy całkowitą niezależność, we wszystkim!!
Jako ciekawostkę podam, że wyliczałem np. ilość kartuszy na nasze wyjazdy wg ilości gotowanej herbaty, kawy i posiłków. I... zawsze trafiałem. Punktem wyjścia była ilość dostarczonej energii potrzebna do konkretnego gotowania.


rowerem...

hmm, taak... długodystansowe wyprawy rowerowe. Wymagają nie tylko psychicznego i fizycznego przygotowania. Ale i tego prymitywnego, technicznego. Islandię, jak i Norwegię dane nam było przejechać bez awarii. Choć byliśmy przygotowani technicznie na prawie każdy jej rodzaj. Pomijając narzędzia, mieliśmy ze sobą również podstawowe części zamienne. Nie mogę sobie wyobrazić, że można jechać bez narzędzia do wymiany szprychy od strony napędu, albo bez nitownika do łańcucha. Staramy się jeździć raczej ostrożnie i nie pozwolić, aby awarie psuły nam cel naszych wypraw. O wiele ciekwsze uważam naprawy naszych ciał w krystalicznie czystych wodach Skandynawii. Wiadomo, że wyruszamy na nowych klockach hamulcowych, nowe opony i to takie, dostosowane do trasy i jej długości. My używamy opon Schwalbe Marathon Plus, są praktycznie niezniszczalne na jeden wyjazd, nawet ten najdłuższy. Na Islandię zabraliśmy zapasową, składaną oponę Schwalbe i dętkę. Do Norwegii już tylko dętkę. Wiadomo, tam więcej cywilizacji. Ale zestaw narzędzi jechał z nami po obu krajach. No, w Norwegii nie włóczyliśmy ze sobą młotka. Bo na Islandii przewidywaliśmy i taki wariant, że nie będzie w promieniu wielu kilometrów nawet młotka do wynajęcia. Proszę nie dawać wiary, iż kilkukilometrowy zjazd, nawet o 20 % nachyleniu jest powodem zdarcia klocków. Nasze klocki po 19000 metrów zjazdów w Norwegii (też o takim nachyleniu) czują się jeszcze całkiem nieźle.
Dla tych, którzy pytają o przygotownia przed wyjazdem...
Tomek jest poza zasięgiem przeciętniaka więc nie o nim tutaj pisać. On potrafi biegać godzinami, ot tak, po prostu. A ja zawsze przed wyjazdem zaczynam w styczniu biegać w moim lesie. Codziennie po bardzo pofałdowanym terenie. Do wiosny tak wydłużam trasę, że potrzebują na jej pokonanie ponad godzinę. I tak aż do wyjazdu. Na rower raczej nie wsiadam. W Norwegii od wielu miesięcy usiadłem na rower po raz pierwszy właśnie tam. Ale bieganie daje kondycję i wytrzymałość.
Biwakujemy w namiocie Grand Ilusion firmy Jack Wofskin. Ma podniesiony, duży przedsionek. W razie niepogody daje wiele swobody, a w nocy można spokojnie umieścić w nim dwa rowery. Wielu jest zdania, że duży namiot zmusza do szukania odpowiednio dużej, płaskiej powierzchni w terenie. Nic bardziej złudnego. Szuka się tylko wygodnej powierzchni dla sypialni. Ileż razy towarzyszył nam w tropiku na przykład duży głaz. Czasami taki element gruntu spełnia jakieś tam obozowe funkcje.
W ubiorze i części sprzętu bazujemy na wyrobach sprawdzonych firm jak North Face czy Mammut. Z bawełny mamy tylko koszulkę do spania. Unikamy też typowo rowerowej odzieży. Nawet buty, zreszta tylko jedna para, są do lekkiego trekingu. Są z gore-texu więc na biwakach, gdzie często podłoże albo tylko trawy są mokre, nie mokną nam nogi. Podstawą jest odzież trasportująca podczas wysiłku wilgoć na zewnątrz oraz wierzchnie okrycia typu gore-tex. Sakwy Ortlib wiadomo, że nie przemokną. Tomek jeździ rowerem trekkingowym Koga z osprzętem Shimano XT. Mój Giant ma trochę gorszy osprzęt.
Energię staramy się czerpać z bardzo prostego ale bogatego w węglowodany pożywienia. Podstawa to makaron, tuńczyk w puszce, mleko, jajka oraz sucha kiełbasa. Ciepłe posiłki uzupełniają gotowe dania na bazie makaronu i mięsa. Jeżeli jest okazja do zrobienia zakupów to każdy zjada jabłko i banana na miejscu, a drugi komplet wiezie dalej w sakwie. Gorąca herbata z cytryną i gorący kubek też nas codziennie rozgrzewają. Rano śniadanie, a w ciągu dnia tylko małe przekąski, często są to po prostu wiezione w sakwach słodycze na bazie muesli, do tego mleko.
Takie przekąski odbywają się często na ławeczkach przed sklepami, po zakupach. Można wtedy wygodnie zjeść, a część zakupów zamiast w sakwach jedzie dalej w naszych żołądkach. Dopiero po rozbiciu namiotu urządzamy prawdziwe i wielkie jedzenie. Wtedy jemy dużo i to różnych potraw. Taki system pozostawia nam w ciągu dnia dużo czasu na jazdę.
Staramy się biwakować przy strumieniach, z których czerpiemy wodę do picia. Włosy stają na głowie gdy się czyta, jak ludzie w Skandynawii chodzą za wodą po domostwach. Oczywiście strumienie czy jeziora są to też nasze łazienki. W kilka minut po znalezieniu odpowiedniego miejsca stoi już namiot, a w nim cały sprzęt. I wtedy stajemy się totalnie niezależni od pogody. To było szczególnie ważne na Islandii. Nigdy i nigdzie nie nocowaliśmy na polach namiotowych ani podobnego typu miejscach. Uważamy, że będąc w takim terenie jaki oferuje Skandynawia byłoby to zaprzeczeniem jednego z celów wyjazdu, totalnego kontaktu z Naturą.
Wszystkie obozowe śmieci zbieramy pieczołowicie do specjalnych worków, a następnego dnia wieziemy je do najbliższego kontenera albo kosza. Na biwaku nie zostawiamy dosłownie niczego.
Korzystamy w drodze z bardzo dokładnych map terenu, a cała trasa jest szczegółowo przygotowana przed wyjazdem. Na Islandii było ważne naniesienie na mapę miejsc z możliwością zaopatrzenia w żywność. Zabieramy dwa palniki gazowe, oba są na dwa różne rodzaje butli. Obecnie można używać jednego, uniwersalnego, ale nasze dwa nie tylko uniezależniają nas od rodzaju dostępnej w danym terenie butli, ale też przyśpieszają, i to jak (!), szybkość z jaką przyrządzamy posiłki.
Przy wyborze ilości sprzętu i zaopatrzenia kieruję się zasadą, ze nie może ten kram ważyć więcej jak mój rower. A jako, że rower waży ok. 17 kg więc tyle też bagażu wiezie każdy z nas. I ani grama więcej. Jadąc rowerem jest możliwość zakupu prowiantu co najmniej co trzeci dzień. Wybór odpowiedniej jakości sprzętu oraz żywności pozwala na taką redukcję bagażu. Każdą wolną chwilę na biwaku spędzamy z Matką Naturą, w zasadzie cały czas na zewnątrz namiotu. To przecież też jeden z celów takich wyjazdów.
Czas jaki mamy na zrealizowanie planów nie przekracza, ze względu na ograniczoną długość mojego urlopu, trzech tygodni. Trasy muszą więc być przygotowane kompaktowo, a dojazd szybki i nieskomplikowany. Jak to dobrze, że w zasięgu ręki mamy naszą Skandynawię!
U nas teoretycznie występuje problem dużej różnicy wieku. Tomek jest przecież o 28 lat młodszy od swojego taty. Potrzeba więc czasami dużo wyrozumiałości i tolerancji, aby było fajnie i bezkonfliktowo. I to nam się udaje. Przy tej różnicy wieku jest w drodze inny problem. Szczególnie na podjazdach zawsze tym w przodzie jest Tomek. A jak mi jest tak naprawdę ciężko to nie mogę spojrzeć na tego drugiego i to samo u niego zobatrzyć. Bo Tomek po prostu się nie męczy. Więc z moimi słabościami muszę sobie radzić sam. Ale jaka to frajda jeździć tak sobie ze swoim synem!
Podsumowanie wydaje się proste...
W wielu przypadkach opisy wypraw rowerowych w trudniejszym terenie pełne są dramaturgii. Wynikają one chyba jednak w większym stopniu z niedostatecznego przygotowania i rozpoznania celu niż z obiektywnych, napotykanych trudności. Najczęściej zawodzi, albo jest przynajmniej niedostateczy, sprzęt. Stąd moja rada... warto w niego zainwestować i przede wszystkim dobrze go przygotować. A potem już tylko cieszyć się w trudnym terenie i trudnych warunkach niezależnością, którą taki sprzęt wtedy zapewnia. Pomijam oczywiście inwestycje w swoją kondycję. Dobrze zaplanowana trasa i dobrany partner to następne atuty w drodze.
Powodzenia!